Serge Lutens, Santal de Mysore | perfumy i opinie
  • Serge Lutens, Santal de Mysore

Poczciwy, piękny w swej sędziwości. A z oczu płynie nic innego jak mądrość. Santal de Mysore to najstarszy ze znanych mi sandałowców. Niemal skruszały, ale wciąż przeciwstawiający się umykającemu czasu.


Wielki duet uchwycił to co w drzewie sandałowym jest najbardziej uwierające, bo oprócz zimnego drewna zawarł także pewną dozę niedojrzałości, świeżych soków, życia podczas zmierzchu. Ta ukryta świeżość przemyka niczym cień, niby niedostrzeżona, ale brzemienna w swoich skutkach. Utwardza drewno, spaja komórki, zacieśnia.

Santal de Mysore to bardzo wymagający sandałowiec. Posunę się nawet do stwierdzenia, że najtrudniejszy ze wszystkich, które znam (a jest ich sporo). Wymaga niezwykłej uwagi, skupienia. Poszczególne nuty zmieniają się na poziomie pojedynczych włókien drewna. Całościowo Santal de Mysore w pewnym momencie staje, traci ruch. Ale to tylko złudzenie, bo każda z jego części, mimo że sędziwa to wciąż żyje. W każdej drobinie czai się zieleń...

Tak, lutensowy sandałowiec jest zielony. Nic nie może odepchnąć mnie o tego wrażenia. Liście w końcu są źródłem dzięki, któremu drzewo buduje swój bogaty rdzeń. Nie jest to zieleń dosłowna, raczej ukryta, będąca jednym z niedojrzałych elementów w Santal de Mysore.



Hmm. Myślę sobie, że napisać warto o końcówce. Jak już wspomniałem, Santal de Mysore po pewnym czasie z jawnej zmienności przechodzi w wymagającą uwagi metamorfozę ukrytą, które prowadzi na samym końcu do zgorzknienia kompozycji. Ale to kolejny dowód, że Lutens i Sheldrake wprowadzili tu elementy żyjące. Gorycz jest zielona, tętniąca. Uwiera.

Santal de Mysore to wariacja udana, a przede wszystkim odkrywcza.Eksplorująca nowe tereny. To drzewo żyje. W tej kompozycji zamknięto oprócz drewna, również pędy, liście i korzenie.
Ogólnie coś co nazywamy "życiem", tu jest głównym bohaterem, bohaterem obdarzonym wielką mądrością.

Nuty: sandałowiec z Mysore, żywica styraks, kumin, przyprawy
Rok powstania: 1997
Twórca: Christopher Sheldrake

2 komentarze:

  1. Kocham i nienawidzę...
    Poznałam ten zapach kilka lat temu. Próbka z Allegro. Przy pierwszym poznaniu: ”o matko, co to? Toż to dziwadło! - aż gęste!”. A potem to już wąchałam, wąchałam i nie mogłam się nasycić! Są w nim nuty czegoś, co budzi moje skojarzenia z bluszczem. Już jedna kropla oplata cię tak mocno, że przepadłeś.
    Ale o próbce zapomniałam. Aż do niedawna, kiedy to stojąc na przystanku, minęła mnie jakaś dziewczyna. I z całą pewnością miała na sobie tego sandałowca! Moja reakcja była aż tak dziwna, że było mi głupio przed samą sobą. Znacie to uczucie, gdy jesteście głodni i widzicie/czujecie coś pysznego? Ślinianki pracują na pełnych obrotach, węch się wyostrza, wzrok lokalizuje zdobycz. Tak się poczułam. ;p W tym cholerstwie jest chyba szczypta nieczystej czarnej magii! ;]
    Nie wiem, czemu tak się dzieje, ale pomimo, że nie uważam tego zapachu za wybitne dzieło, że nie jest nawet podobny do używanych przeze mnie pachnideł, to nie mogę przestać o nim myśleć.
    Pewnie w końcu ulegnę i kupię flakonik.

    MissX

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo chciałabym przetestować zapach, ale nie mogę go nigdzie znaleźć. Marcin, może wiesz gdzie można dostać próbkę, pozdrawiam. Basia

    OdpowiedzUsuń

Pisząc komentarz nie zapomnij się podpisać - choćby imieniem (zwłaszcza, jeśli oczekujesz mojej odpowiedzi).