Histoires de Parfums, 1740 Marquis de Sade | perfumy i opinie
  • Histoires de Parfums, 1740 Marquis de Sade

“Mówię sobie: istnieje Bóg, czyjaś ręka stworzyła to, co wokół widzę, lecz stworzyła dla zła; zło sobie tylko upodobała; zło jest jej treścią, całe zło, które każe nam popełniać, jest nieodzowne dla jej planów [...] To, co określam jako zło, jest prawdopodobnie wielkim dobrem w porównaniu z istotą, która zesłała mnie na świat [...] Zło jest konieczne na tym wadliwie zorganizowanym, smutnym świecie.”

Donatien de Sade, Juliette

Tak w zasadzie pachnie lato 1740. Idąc głębiej- tak pachnie czerwiec- 2 czerwca tegoż roku. Paryż. Udała się sztuka zła perfumiarzom Histoires de Parfums. Kpina z etykiety, ale nie głośna i ostentacyjna. Nikt nie musi się afiszować.

Perfumy nie są dosłowne. Sam początek błyska. Małe kurwiki wylatują z mikstury wraz z niewielkimi ilościami kwasu. To tylko wyostrza zmysły na odbiór dalszej części. 1740 Marquis de Sade nagle, bez uprzedzeń pikuje w głąb ciemnego i wilgotnego magazynu z paczulą. Do wielkiej piwnicy pod paryską ulicą. Woda spada z kamiennego sklepienia przemieszana z zapachem odpadów “pachnącego miasta”. Swoją drogą bardzo ciekawie namalowano tę paczulę. Ostra, wiejąca kamieniem, trochę wodnista, może z niewielką ilością pleśni. Synkretyzm niemal wszystkich jej twarzy, który staje się znakiem 1740 Marquis de Sade.

Z czasem zapach ciemnieje jeszcze bardziej, wieje suchością. Paczula zostaje jednak na miejscu, oczyszcza się w pyle roślinnym. Sama baza tych perfum trochę podobna jest do tej znanej z Borneo 1834. I tak naprawdę doświadczamy tylko kurzu na drodze w środku nocy. W bazie pierwsze skrzypce gra właśnie nieśmiertelnik i wanilia. Cała reszta jest pod spodem- kpi. Z suchości rodzi się ciepło.

1740 Marquis de Sade przegrywa, głównie przez jednolitość powierzchni. Cała gra zapachu rozgrywa się pod tumanem kocanki (nieśmiertelnik) i wanilii. To tak jakby nasłuchiwać co dzieje się pod ziemią z powierzchni. Irytujące jest to wrażenie, swoisty gwałt na naszej cierpliwości. Tym bardziej, że paczula, brzoza, labdanum i cedr mogłyby zbiesić Markiza ostatecznie. A tu ledwie ciche jęki do nas dochodzą.

Zapach wydaje się też zbyt przygnębiający i zimny, brutalny można powiedzieć. Przerażający jak lecący nietoperz o zmroku. Oschły w swojej pewności. Umyka wszystkim wzorcom, kpiny lecą na wszelkie ideały. Szkoda, że nie zawsze to widać spod paczulowej i dusznej pokrywy. Mimo wszystkiego to perfumy przewrotne, zło będące dobrem.

Nuty: bergamota, dawana, paczula, kolendra, kardamon, drzewo cedrowe, labdanum, drzewo brzozowe, skóra, wanilia, nieśmiertelnik
Twórca: b.d.
Rok powstania: 2008

3 komentarze:

  1. właśnie testuję ten zapach, na razie na nadgarstku, jutro globalnie. Na tę chwilę nie mam dobrych skojarzeń. Czuję starą, przeleżaną w szufladzie damską pomadkę do ust.

    OdpowiedzUsuń
  2. Serio? na mnie pachnie jak midnight poison elixir. szukam rozy w nutach, ale nie znajduje?
    Nekot

    OdpowiedzUsuń
  3. jeden z najbardziej denerwujących zapachów. uwielbiam go, ale czegoś mi brakuje, jakby nie rozwijały się do końca, czekam czekam i nic nie ma. Ale ogólnie zapach dymny, kuszący i bardzo cielesny.

    OdpowiedzUsuń

Pisząc komentarz nie zapomnij się podpisać - choćby imieniem (zwłaszcza, jeśli oczekujesz mojej odpowiedzi).