Annick Goutal Ninfeo Mio | perfumy i opinie
  • Annick Goutal Ninfeo Mio

Tarzam się w zachwycie, który uczuciem jest niezmiernie rzadkim w świecie zapachów. Nos ślepie wpatrując się w jarzący absolut, który prosto wywodzi się z Monumento Naturale Giardino di Ninfa- ogrodu, czy słuszniej napisać "parku krajobrazowego" uznanego za jedno najcenniejszych miejsc na Ziemi. Zresztą do diaska z inspiracją, bo ja też mogę powiedzieć, że tworząc jakiś zapach byłem natchniony "Bóg wie jakim miejscem". Liczy się tylko wrażenie. Kompozycja się liczy.

Doyen na anabolikach, naszprycowana końską dawką amfetaminy miesza w profetycznym szale składniki z ciemnych buteleczek. Gdzieś obok słychać Grace Slick i jej "Pory Roku". Z ostatnim "lalala" Isabelle kończy pracę. Pada w obłoku żrącej zieleni, którą właśnie powołała do istnienia. Bez cienia wątpliwości, bez cienia wahania, pewnym krokiem doszedłem do stwierdzenia, że jest to największe z dzieł tej kobiety. Jednocześnie Ninfeo Mio jest tak dalekie od poprawnych, dennych kompozycji z czasów minionych, że bez jego poznania trudno to nawet sobie wyobrazić.

Idealne kuliste cytrusy, które z coraz większą szybkością pędzą w dół, trą o powierzchnię, niemal iskrzą. Dosłownie Ferrari o oponach ze skórek tych owoców. Iskry lecą, kwaśny dym czuć, żółte opary chloru. Więcej, mocniej, dalej! Łożyska w końcu padają, śruby nie wytrzymują agresji. Koła odpadają. Z zabójczą prędkością toczą się w dół i wpadają z nieprzebrane chaszcze. Liście o krawędziach ostrych jak żyletki szatkują cytrynowe opony a podkręcone aparaty szparkowe kumulują cały chlor. Robi się ostro, dziko, hardkorowo, ale czysto. I próżno tu szukać zadbanych ogrodów. Nie tutaj.

Nagromadzenie zieleni wyhodowanej na sterydach przekracza wszelkie granice. Dzikie pnącza oplatają każde drzewo zajmując wszystkie kawałki przestrzeni. Wrażenie czystości znów przechodzi z chemizm, znów pojawia się chlor, znów pojawia się dym jakby tytoniowa nuta łącząca słodycz z zielenią. Naszprycowane galbanum od spodu kryje każdą cząsteczką chlorofilu ciemnością. Od wierzchu wciąż udział święcąc ej gorzkiej pomarańczy jest olbrzymi. Trwa Ninfeo Mio w takim zawieszeniu pomiędzy światłem a mrokiem już do końca. Żyletkowa zieleń nie mija, nabuzowana roślinność nie ginie.

Jeśli miałbym rozpatrzeć drzewny i figowy charakter tej kompozycji to umieściłbym ją w tej kategorii razem z Un Jardin en Mediterranee. Trudno się oszukiwać i mówić, że nie ma podobieństw między tą dwójką. Próżno jednak wskazać, która jest obiektywnie lepsza. Doyen na dopingu czy Ellena w przeciętnej formie... Francuza nie lubię, ale perfumiarzem jest wybitnym. Isabelle należy do niższej klasy a Ninfeo Mio to tylko pojedynczy wyskok jak mniemam.

Nuty: cytryna, limona, petitgrain, neroli, galbanum, mastyks, figa, lawendam werbena, drzewo cedrowe
Rok powstania: 2010
Twórca: Isabelle Doyen

Fot. nr 2 stąd (klik)

3 komentarze:

  1. Jeszcze nie wachalam Ninfeo Mio (jakos mi sie nie chce, a mam u siebie probka), mimo ze we Francji same zachwyty nad piekna figa.
    Natomiast w zeszla sobote kupilam La Violette, prosciotki, milutki, swiezy soliflor i tak mi z tym fiolkiem dobrze, ze nigdy bym siebie o to nie podejrzewala.
    Pozdrawiam fiolkowo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy to czytam, widzę Umę Thurman jako Poison Ivy. Szukałam czegoś o tym zapachu w necie i to co znalazłam bardzo mnie zaintrygowało. Na tyle, że już zamówiłam próbkę. Pozdrawiam Autora. Lil.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale fajny opis Marcinie, jak zwykle :) No i trafiony, jęsli chodzi o moje odczucia :0
    Pozdrawiam z Poznania
    Kasia

    OdpowiedzUsuń

Pisząc komentarz nie zapomnij się podpisać - choćby imieniem (zwłaszcza, jeśli oczekujesz mojej odpowiedzi).