Xerjoff Kobe | perfumy i opinie
  • Xerjoff Kobe

Był rok 1999, 26 września. W portowym mieście Kobe nic nie zapowiadało pewnego wyjątkowego zdarzenia, które miało nadejść. W godzinach popołudniowych 136 gram rozgrzanej kosmicznej skały walnęło w miasto wytwarzając falę dźwiękową słyszalną w promieniu 1 km. Z tej przyczyny Xerjoff wziął się za perfumy o imieniu Kobe. Powód równie dobry jak wylądowanie osła na spadochronie w Rosji. W sumie mało japoński to zapach, ale według mnie jeden z ciekawszych w zapachowym spektrum włoskiej marki. Z definicji cytrusowy, ale strike tylko na początku. Zresztą o samym zapachu za chwilę a teraz wspomnę o gafie producenta. Czytając opis perfum na stronie internetowej możemy przeczytać, że w ich skład wchodzi olejek petitgrain z Paragwaju. Problem jest taki, że petitgrain stamtąd jest najtańszą odmianą używaną do perfumowania chemii gospodarczej i perfum z półki niższej. Jest dla mnie niewyobrażalne, że płacąc 345$ (za najtańszą wersję) dostaję coś co służy do produkcji żeli pod prysznic... Nadworny skryba Xerjoff myśli, że jak napisze przymiotnik "paragwajski" to luksusem powieje. Wieje naciąganiem portfela.

A poza tym Kobe mi się podoba. Przypomina zapach starego czerwonego wina. Nawet nie butelek co starych dębowych beczek ukrytych w wielkich pajęczynach bez mała. Próżno szukać tu podobieństw z winnym Ginestet, ale Kobe w jakiś szczególny sposób potrafi zmaterializować wytrawny, lekko cierpki smak Pinot Noir. Miejscami przyjmuje brunatne zabarwienie, wchodzi w niuanse M7 w jego aoudowym, ciemnozielonym charakterze. Gdyby udało się wątek poprowadzić dalej i głębiej efekt mógłby być interesujący a tak jesteśmy tylko świadkami miejscowej zabawy drogocennym drewnem.

Między walającymi się beczkami jest dużo cytrusowych iskier, przykurzonych to fakt, ale w dobrej formie, mobilnych. Może dziwić fakt, że nie zanikają w funkcji czasu a trwają sobie do samego końca i zdobią najbardziej drzewne, winne i aoudowe elementy. I zdają się nie mieć grama cukru, nawet ilość kwasu jest tu ograniczona, ale za to goryczy jest w bród. Naprawdę ciekawie to wygląda i nadaje Kobe duży potencjał oryginalności. Zwłaszcza, kiedy daje się to wyczuć w najgłębszej bazie.

W żadnym momencie nie jest to kompozycja dymna a bardziej żywiczna, drzewna. Próżno szukać tu ciepła ognisk, gryzących dymów i kadzideł. No, chyba że w odsłonie zimnej do szpiku kości, w której za nic nie zajdzie reakcja spalania. Paradoksalnie odnoszę wrażenie, że zapach jest płynny, żywica nie zastyga, ale leniwie przetacza się po piwnicznej podłodze, pokrywa kurz. Lepi się. Nie pali. Wieńczy zapach i spaja.

Nuty: bergamota, pomarańcza, neroli, petitgrain, drzewo różane, żywice, aoud, bób tonka, ambra
Rok powstania: b.d.
Twórca: b.d.
Dostępność, linia i cena: w Polsce niedostępny; za 50 mL wody perfumowanej zapłacimy na luckyscent.com 345 $ lub 470 $ za wersję prezentową

Fot. nr 2 z amico.mojeforum.net
Fot. nr 3 z deskpicture.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisząc komentarz nie zapomnij się podpisać - choćby imieniem (zwłaszcza, jeśli oczekujesz mojej odpowiedzi).