Ormiański
perfumiarz zakłada, że każdy moment ma swój zapach. Również zmrok. Ten okres dnia, kiedy słońce niknie za horyzontem chyba jeszcze nie doczekał się własnej olfaktorycznej opowieści, więc z prawdziwą ciekawością zatopiłem nozdrza w Cologne pour le Soir. Nazwisko Kurkdjian’a swoją markę ma, więc i kompozycja marna po prostu być nie mogła. Dodatkowo w oddzielnym akapicie powinienem napisać o kapitalnym zestawieniu z interpretacją o świcie- Cologne pour le Matin. Oba zapachy faktycznie leżą na końcach twórczej osi, która z jednej strony jest zaczepiona o sterylność a z drugiej majaczy w cięższych, fizjologicznych nutach.
Po pobieżnym zerknięciu w nuty możemy dojść do wniosku, że to kompozycja dziwna. W końcu sam muszę przyznać, że skrzyżowanie klasycznego benzoinu z różą należy do rzadkich trików perfumiarstwa. Co więcej, dziwadła takie zazwyczaj nie brzmią dobrze, jeśli wokół nich nie ma mnóstwa składników rozpraszających. W Cologne pour le Soir nie dość, że miks nie ma bogatej obudowy, to jeszcze prezentuje się niebywale interesująco. Posądzenie o
jakiekolwiek zapachowe skrzywienie jest więc bezpodstawne i nie ma racji bytu. Nie popadajmy jednak w skrajność, bo kompozycją łatwą, typową i uroczą dziecko Francisa też nie jest.
Ostra, podbita paczulową głębią róża rozpoczyna malowanie zmierzchu. Ten etap jest ciepły i szalenie zmysłowy. Po części przywołuje wciąż ciepły piasek po zachodzie słońca, trochę schodzi w słone niuanse, żeby
później roztoczyć wizję ciała. Zdawać by się mogło, że to dobrze znany Dzing! przycupnął na środku drogi, ale w zapachu zmroku próżno szukać animalnych piżm czy kastoreum. Tutaj udanie zastąpiła je żywica benzoinowa. Wcale nie drzewna, nie żywiczna, ale znowu bardzo cielesna. Zachwyca mnie brak ordynarności tych perfum, bo pozornie można widzieć w nich brudne i fizjologiczne nuty. Dokłada obserwacja nie potwierdza tej hipotezy. Cologne pour le Soir okazują się lekkim brzmieniem świeżej skóry, która nie jest pokryta jeszcze ani potem, ani brudem. I dopiero w końcowych etapach ekspresji, kiedy zapach faktycznie mógłby wybrzmiewać fetorem, do gry wchodzi kadzidło. Sterylny dym trzyma wszystko w pionie. Smugi palonego olibanum wzniecając w górę ciepło świeżo przygasłych ognisk czyniąc z tego zapachu nie tylko wybitną kompozycję w rodzinie skórzanej, ale również jedną z najbardziej wartościowych, w moim nosie oczywiście, z całego dorobku Francisa Kurkdjian’a.
Nuty: róża, benzoin, miód, olibanum
Rok powstania: 2009
Twórca: Francis Kurkdjian
Cena, dostępność, linia: za 200 mL wody kolońskiej zapłacimy na LuckyScent 195$, ale wkrótce zapach będzie dostępny w perfumerii Quality Missala
Fot. nr 1 i 2 z wikimedia.org



