Trendy i historia perfum. Od Guerlain Shalimar do Dior J'adore | perfumy i opinie
  • Trendy i historia perfum. Od Guerlain Shalimar do Dior J'adore



Co roku na rynku debiutuje kilkaset perfum. Większość pachnie podobnie. W natłoku nowości zmęczone nosy wołają o klasykę. Jej historia na półkach współczesnych sklepów zaczyna się w 1925 roku.


Właśnie wtedy debiutuje waniliowy Shalimar. Zwierzęcy, dymny i upojny. Guerlain zawarł w nim historię wielkiej miłości. Szach Jahangir miał piękną żonę, którą kochał ponad życie. Ona kochała jego, ale równie wielkim uczuciem darzyła swoje ogrody - Szalimar. Po przedwczesnej śmierci swojej wybranki, zrozpaczony szach poświęcił się wznoszeniu wielkiego mauzoleum - Taj Mahal. 89 lat po premierze perfum Guerlain można śmiało powiedzieć, że żona Jahangira została wyniesiona do nieśmiertelności po dwakroć. We Francji butelka tych perfum sprzedaje się średnio co 3 minuty.


W okresie przed II Wojną Światową, w latach 20. i 30. panował bardzo duży indywidualizm. Trendy nie istniały. Obok orientalnego Shalimar powstała przecież legendarna No. 5 oparta na świeżo odkrytych, metalicznych aldehydach i kwiatach czy Caron Bellodgia pachnąca niemal wyłącznie goździkami. Swoje premiery wtedy miały też perfumy Jean Patou Joy zawierające nieprzyzwoicie dużo cywetu i ultraeleganckie Nuit de Longchamp od Lubin.

Lata powojenne i przemysł perfumeryjny.


Po wojnie przychodzi czas wyzwolenia, radości, euforii wręcz. Firmy perfumeryjne stawiają na wonie kobiece i bardziej seksowne (na ówczesne standardy), które mają być swoistym antidotum na wspomnienia wczesnych lat 40. Pojawia się szyprowa Miss Dior jako hołd kolekcji New Look, soczyście zielone Vent Vert od Balmain i uwodzicielskie Fracas Roberta Pigueta. Wszystkie łączy mniejszy udział składników zwierzęcych i nuty kwiatowe na pierwszym planie. W 1956 roku odbywa się jeszcze premiera konwaliowych, rześkich i świeżych Diorissimo. To ostatnie wielkie perfumy trendu powojennego.


Koniec lat 50. i powrót do ostrych aromatów.


W drugiej połowie lat 50. następuje powrót do woni cięższych, drzewnych i zwierzęcych. Givenchy lansuje L'Interdit łącząc olejek z drewna sandałowego i esencje kwiatowe. Gres daje kobietom we władanie skórę, tytoń i wetiwer - wonie typowe męskie - w koronnym zapachu Cabochard. W 1963 premierę ma Diorling Diora, który pachnie mchem, skórą i hiacyntem. Schyłek tego trendu obserwujemy w Lancome Climat z 1967, które nawiązują do przedwojennych Joy - pachnie cywetem i aldehydami.


Rewolucja obyczajowa w perfumach. Przełom lat 60. i 70.


Na przełomie lat 60. i 70. mamy do czynienia ze słynną rewolucją obyczajową, która przenika również do przemysłu perfumeryjnego. Zapachy nie mają być wprost seksowne, ani kobiece. Wszyscy stawiają na wonie uniwersalne (choć pojęcia unisex wtedy jeszcze nikt nie zna). Dominują nuty zielone i cytrusowe - takie, które nie pozwalają na jednoznaczną identyfikację płci. Kolejna premiera Lancome - Ô de Lancome z 1969 roku - to właśnie zapach nowego nurtu. Lekki, cytrusowy, ziołowy. Teoretycznie przeznaczony wyłącznie dla kobiet, ale jednocześnie na tyle uniwersalny, że sięgali (i wciąż sięgają) po niego mężczyźni. Wszak cytrusy i zioła to składniki pasujące obu płciom. Motyw kobiety-wyzwolonej lansuje też Chanel w swoich No. 19. Pudrowy irys, zielone galbanum okazały się przepisem na sukces wielki i tak ponadczasowy, że Dziewiętnastka do dziś dnia gości na listach bestsellerów. Tą samą drogą podąża Dior w Diorelli z 1972 roku.

W połowie lat 70. trend ten przybiera dość radykalną formę i kobietom proponuje się surową, męską zieleń mchu dębowego, który staje się najmodniejszym składnikiem. W 1974 roku premierę ma Rive Gauche marki Yves Saint Laurent i Chanel Cristalle. Wielką popularność zdobywają też nieco tańsze Charlie od Revlon reklamowane hasłem seksapilu w spodniach.


Powrót do orientu.


Później mamy do czynienia z kolejnym przełomem. Po raz pierwszy od lat przedwojennych pojawiają się słodkie wonie orientalne nawiązujące do genialnego Shalimar. Kobieta znów zaczyna być postrzegana jako istota piękna, zmysłowa i niezwykła. W 1977 roku debiutuje Opium, rok później Cinnabar od Estee Lauder i Magie Noire Lancome. Guerlain w swoich laboratoriach tworzy Nahemę - piękną balsamiczną różę okraszoną aldehydami i bzem. Cartier podbija serca cynamonowym Must. Chanel prezentuje bogate Coco, a Calvin Klein doprawia wanilię kadzidłem i tym sposobem lansuje wielki przebój - Obsession. Dior stawia na tuberozę w roli głównej, czyli ponadczasowe Poison.

Chaos końca tysiąclecia.


Od tego czasu w przemyśle perfumeryjnym widzimy powolną ewolucję. Trendy nie zmieniają się tak często i nie są aż tak widoczne. Zapachy stają się różnorodne. Na przełomie lat 80. i 90. ma miejsce wiele premier, których nie da się wytłumaczyć żadną tendencją. W 1990 roku Lancome lansuje pudrowe i mleczne Tresor. W 1992 roku Thierry Mugler stawia na skandalicznie słodkie i karmelowe Angel, a Shiseido prezentuje pierwszy, typowe drzewny zapach dla kobiet - Feminite du Bois, który dziś znajdziemy w ofercie marki Serge Lutens (należącej do Shiseido). Widać, że wszelkie logiczne reguły upadły. Obrazu nieprzewidywalności dopełnia CK One - pierwsze perfumy z oficjalną etykietą "uniseks".

Ułatwianie wielkich klasyków w schyłku lat 90.


Z tego obrazu choasu dość wyraźnie oddziela się druga połowa lat 90. Wtedy to perfumiarze próbowali uwspółcześnić i ułatwić wzorce z lat 60., 70., i 80. Pojawia się Dior Dolce Vita z łagodnymi przyprawami, waniliowo-kwiatowe, lekkie Allure od Chanel oraz Hypnotic Poison dla kobiet, które nie sprostały trudnemu klasykowi z 1985 roku. Hermes lansuje 24, Faubourg - przyjazny, świetlisty szypr.


Nowa Era. Od 1999 roku do dziś.


Rok 1999 możemy przyjąć za umowne rozpoczęcie ery, która trwa do dziś dnia. W tym właśnie roku pojawia się Dior J'adore. Pierwszy typowo kwiatowy, wybitnie lekki i niezobowiązujący zapach. Pokochały go kobiety na całej Ziemi czyniąc zeń jedne z najbardziej dochodowych perfum w historii świata. Każdego roku lansowanych jest kilkadziesiąt kompozycji należących do nurtu zapoczątkowanego przez J'adore. Trend na tego typu zapachy jest tak silny, że trudno spodziewać się zmiany w tej kwestii przez następne kilka lub nawet kilkanaście lat.

W ciągu ostatnich 15 lat pojawiało się tylko kilka perfum, które sięgnęły po status kultowych i wyłamały się z tej tendencji. W tym miejscu wymienić należy kadzidlane Black Cashmere Donny Karan, waniliowe i dymne Addict Diora czy szyprowo-owocową Euphorię Calvina Kleina. Czy któreś z nich będzie na tyle silne, aby złamać supremację lekkich kwiatów i wyznaczyć trend? Raczej nie. Black Cashmere wycofano z produkcji. Nowy Addict Eau de Toilette i nowa Euphoria Endless pachną lekko, frywolnie, bardziej przypominają J'adore niż swoje klasyczne wersje. Na perfumy, które wyznaczą nową drogę wciąż musimy poczekać.


43 komentarze:

  1. Uwielbiam niektóre perfumy np. Angel, ale tylko i wyłącznie na kimś innym. Na mnie są za ciężkie, duszące i źle się z nimi czuję. Ciągle szukam i mam nadzieje, że w końcu znajdę "swojego" klasyka, który będzie do mnie idealnie pasował, podkreślał mój charakter, uwodził i czarował :) Zapach musi być wyjątkowy i trwały [nie duszący], a z tym ostatnim niestety często kiepsko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A testowałaś wersję EdT? Jest lżejsza, choć pozbawiona też w dużej mierze tego bezkompromisowego charakteru.

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy tekst. Okazuje się, że urodziłam się w odpowiednim czasie - kompletnie nie odnajduję się w tendencjach perfumiarskich ubiegłych dziesięcioleci. Chyba, że sięgniemy aż do daty powstania 4711, bo ten zapach mogę zakwalifikować jako "noszalny".

    Marcinie, a masz może informacje o jeszcze dawniejszych perfumach? Zawsze mnie zastanawiało, jakąż to "wyborną perfumą" skrapiała Telimena Zosię w "Panu Tadeuszu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie znam aż tak dawnych zapachów. Myślę, że to jednak można ustalić przeprowadzając małe wykopaliska. :)

      Usuń
  3. Ciekawy artykuł, przeczytałam jednym tchem. Jest i o moim ukochanym Aniołku :-) Ale też o wielu innych; ciekawią mnie zapachy z połowy ubiegłego wieku, wydaje mi się że musiały być bardziej dopieszczone, rynek nie był tak zarzucony produktami jak dziś. Chętnie poznałabym wszystkie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy na rynku były PERFUMY, a dziś są tylko perfumy. Niestety.

      Usuń
  4. Marcinie, dlaczego od 1925 r.? Anais Nin uzywala Narcisse Noir od Caron, ktory wyszedl w 1911 r. Ja uzywam Houbigant Quelques Fleurs, a to 1912. Jak mam dostep, lubie rano uzyc Berdoues Original (1902).
    A czytalam tez (moze sie to juz zmienilo), ze najbardziej uzywanymi zapachami wsrod kobiet na galach gwiazd filmowych sa Joy i L'Heure Bleue, ten ostatni z 1912.
    Nie czepiam sie, tylko ciekawi mnie dlaczego akurat taka data.
    Pozdrawiam
    Nadia O.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że zrobiłem to w niecnym celu. Shalimar jest większym kontrastem na tle J'adore niż No. 5. I bardziej mi pasował do konwencji tekstu. Wybrałem go jako taki "sztandar" tamtego okresu, choć rozważałem też Mitsouko (ale jest za mało znane, a chciałem, żeby tekst był zrozumiały dla większej liczby czytelników)

      Usuń
    2. No tak, Shalimar mozna nawet nazwac krolewskim w porownaniu do J'adore i No. 5.
      Nadia O.

      Usuń
  5. Właśnie takiego wpisu mi brakowało :-)! Chociaż to mój pierwszy komentarz, to regularnie czytam Twojego bloga od ponad roku. Chociaż jestem facetem, to Shalimar Guerlain był moim ulubionym zapachem. Ostatnio bardziej do gustu przypadła mi wersja wanilii z Madagaskaru. W ogóle Guerlain to marka, do której mam największy sentyment...
    Pozdro,
    Wojtek Ch.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również uwielbiam Shalimar i Guerlain. W większości ich perfum i odsłon.

      Pozdrawiam i miło Cię w końcu zobaczyć tutaj. :)

      Usuń
    2. Mi również jest miło :-), zwłaszcza że ostatnio mam coraz większe przeczucie, że moja przygoda z perfumami dopiero się rozpoczyna. Wcześniej przez kilka lat używałem Essential Lacoste, potem zaczęły mi się podobać inne zapachy, ale nie było ich wiele. Może mój węch rozwija się wraz z wiekiem :-), he, he...

      Usuń
    3. Mam do Ciebie pytanie - planujesz zrecenzować perfumy Eau de Campagne Sisley? Ostatnio w pociągu dosiadała się do przedziału pewna dziewczyna i zapytałem ją o to, czym pachnie... Zapach mega inny niż wszystkie, które do tej pory testowałem :-)! Przypomina mi lata dzieciństwa na wsi, szklarnie, pszczoły i inne robactwo, które mnie wtedy bardzo interesowało. Bajka :-)!

      Usuń
    4. Coś czuję, że będzie 9,5/10 jak złoto :-)!

      Usuń
  6. Kocham Miss Dior miłością absolutną i niezmienną. Męską wersję Obsession także. Bałam się, że będzie to zestawienie perfum, których nawet nie kojarzę. Z przyjemnością stwierdziłam, że większość wąchałam choć raz w życiu. uff. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość z nich do tej pory można ustrzelić w perfumeriach, choć z niektórymi nie jest to takie łatwe.

      Miss Dior również uwielbiam, i tę starą i tę nową.

      Usuń
  7. Bardzo ciekawy artykuł ! uwielbiam klasykę i znudzona dzisiejszymi nijakimi perfumami /choc oczywiscie są wyjątki / sięgam do klasyki . Shalimar klasyczne i z wanilia z Madagaskaru , Opium , Chanel no 5 , Miss Dior, Dioressence i inne. Martwi jedynie fakt,ze często przy tych klasykach co jakis czas "ktos majstruje " i zmienia lekko zapach z roznym skutkiem .Czytam rozne perfumowe anglojęzyczne blogi i ludzie bardzo narzekaja na te zmiany - ze perfumy po zmianie nie maja juz tej głębi , tego pazura itd. Roznie to bywa ,bo np w przypadku Opium w pelni sie z Tobą zgadzam ,ze zmiana nie jest zla i teraz sa latwiejsze w odbiorze bo porzednia wersja byla bardzo trudna , Dlugo uzywalam pierwszej i zdecydowanie latwiej uzywa mi sie tej nowej . Pozdrowienia :)







    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ja w większości wypadków nie znam wersji sprzed reformulacji. Nie demonizowałbym jednak zmian formuły. To proces naturalny i ciągły. Wierzę jednak, że fanom konkretnych perfum może przeszkadzać

      Usuń
  8. A ja znam Joy tylko z literatury, niestety nie dane było nam się spotkać. Bardzo fajna opowieść Marcinie, dziękuję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobała. :) Dziękuję za dobre słowo.

      Usuń
    2. Julio, nie wiem czy w Polsce, ale np. w Austrii w Douglasie (przynajmniej w centrum) Joy jest dostepne. Co ciekawe, jesli dobrze pamietam, bylam zszokowana niska cena za taki klasyk, 36 euro za 30 ml. Potem doczytalam, ze produkcja Joy przeniosla sie do USA, wiec byc moze dlatego cena przystepna. Jednak podejrzewam, ze rowniez przy nich cos majstrowano. Niestety oryginalnego zapachu sprzed wojny rowniez nie znam.
      Nadia O.

      Usuń
    3. Tak w ogóle to znam ten zapach z książki Jackie Collins ,,Żony z Hollywood"- tam pachniały nim najbogatsze babki :) dzięki za podpowiedź,pozdrawiam

      Usuń
    4. uzywalam Joy przez jakis czas /jedna butelka 50 ml edp , kupiona na lotnisku gdzies za zachodzie lub w USA przed laty / i nie byly to latwe perfumy . Bardzo mocno kwiatowe ,narzucajace sie otoczeniu i jak dla mnie byly migrenogenne . Amerykanki uwielbiaja generalnie takie perfumy - duzo duszacych bialych kwiatów . Nie wrocilam juz doi nich . ale kiedy na studiach miala mala buteleczke wody toaletowej to bardzo mi sie podobaly i byly latwiejsze do nozenia i bardzo eleganckie i zmyslowe . Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Marcinie, fantastyczny tekst. Przeczytałam go z wielkim zaciekawieniem, jednym tchem. Mam kilka klasyków do nadrobienia, na przykład Joy. Przyznam, że sięgam do nich jeszcze z pewną dozą nieśmiałości ;), jakoś jeszcze w nich się nie widzę i nasze spotkania są raczej przelotne. J'Adore Diora na mnie pachnie zabójczo, dusznie, nieznośnie dla otoczenia i dla mnie samej. A szkoda. Żałuję też mocno, że nie znam Black Cashmere Donny Karan... ale może kiedyś się uda. :) Pozdrawiam, MR.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. :) Staram się nie umieszczać wyłącznie recenzji. :)

      Usuń
  10. p.s nadal nie rozumienm fernomenu J"dore :) moze najwyzszy czas sprobowac sie z nimi zaprzyjaznic ? Marcinie slyszales ,ze beda 3 wersje Anais Anais /tez wspanialy klasyk / Cacharela ? Bedzie to EDP L"oryginale /tą sobie zamowilam na holenderskiej stronie Douglas , bo u nas nigdy nie bylo tej wersji / , EDT i nowe lekko slodkie dziewczęce ale zapomnialam jak sie beda nazywaly.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś tam słyszałem o Anais Anais. Nawet mają być niebawem w Polsce z tego, co wiem.

      Usuń
    2. Anais Anais L'Original (pierwsza najbardziej podstawowa EdT) jest w Polsce od dawna dostępna (przynajmniej w stacjonarnych perfmumeriach+ w superpharmie http://www.klublifestyle.pl/produkty/nagrody/page/3/min/0/max/2500). Teraz lansuje się wersję Premier Delice (zupełnie inną od L'Original) o trzeciej szczerze mówiąc nie mam pojęcia.
      Uwaga mała co do Anais jest taka, że Anais Anais L'Original to nic nowego, a stara EdT tylko ze zmienioną nazwą i zmienionym sposobem zdobienia zunifikowanym na rzecz Premier Delice. Taki zabieg marketingowy.

      Usuń
    3. Dzieki za wiadomosci !:) Wlasnie przeczytalam ,ze ta LOryginale to bedzie EDP . Mialam tylko raz przed laty zakupiona za granicą wersje EDP i byla naprawde fajna . Jak juz przyjedzie ta co zamowilam to zobacze czy to to samo . Te 3 wersje to EDP LOryginale , EDT /te co byly u nas w sprzedaży / i trzecie to sa wlasnie te Premier Delice I znowu robienie kolnow !

      Usuń
  11. Bardzo ciekawy tekst..Przeczytałam z przyjemnością..Guerlain moim faworytem :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Uwielbiam takie długie wpisy z mnóstwem zdjęć :) Cudowne Marcin :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dominika Kowalczyk3 czerwca 2014 01:27

    Świetny post, zarówno dla laików jak i koneserów. Brakowało mi takiej historii perfum w wersji "instant". Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  14. Na temat oceny tekstu rozwodzić się nie będę, bo po prostu trzymasz poziom (b.wysoki!) więc jakość mnie ani trochę nie zaskoczyła.
    Co do moich miłości, to z wymienionych tutaj w pełni identyfikuje się z: No 5, No 19 z Chanel, Shalimar z Guerlaina (i tu przyznam się do czegoś- jestem kompletną wyznawczynią Guerlain, gdzie w prakycznie każdej linii od tych najtańszych typu AA do najdroższych znajdę conajmniej 3 wonie dla siebie, które mogłabym gromadzić bez końca), Dolce Vita z Diora (ale tutaj to DV mi sprawilo spory zawód pt. reformulacje, znam ten zapach od kiedy skończyłam 10 lat a więc znam doskonale wersją z roku 1999 i stwierdzam, że to co mamy teraz pomimo, że nawiazuje, to jednak nie umywa się jakością i intensywnością do tego co mamy teraz, kocham mimo wszystko). Lubię i cenię RIve Gauche z YSL i 24. Faubourg z Hermesa (notabene ostatnią nowość-przynajmniej dla mnie jaka mnie mile zaskoczyła).
    Chętnie bym przeczytała Twoje recenzje na temat 3 zapachów stąd:
    1) Dolce Vita (przypominam po raz chyba 4rty na tym blogu)
    2) Rive Gauche (dośc kontrowersyjny)
    3) 24. Faubourg Hermesa (wersji EdP)

    Czego mi zabrakło to L'heure Bleu z Guerlain, Cinema z YSL i Coco Mademoiselle.

    Więcej grzechów nie pamiętam... ale za żadne żalować nie będę ... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że zapomniałem o L'Heure. Umknęły mi. A faktycznie powinny być w tym tekście.

      Usuń
  15. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  16. Marcinie, czy zrobisz recenzję wody perfumowanej i wody toaletowej YSL Opium?

    OdpowiedzUsuń
  17. A co z historią męskich pachnideł ? ��

    OdpowiedzUsuń
  18. Super tekst :) Ciągle czekam na recenzję Antaeusa... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Antaeus i męskie historie może będę. Ale tego typu teksty wymagają bardzo dużo czasu i energii.

      Usuń
  19. Bardzo dobry tekst, chociaż brakuje mi choćby wzmianki o wcześniejszych zapachach Guerlaina, z Jicky na czele.

    Pozdrawiam, Sylwia

    OdpowiedzUsuń

Pisząc komentarz nie zapomnij się podpisać - choćby imieniem (zwłaszcza, jeśli oczekujesz mojej odpowiedzi).