2 czerwca 2014

Trendy i historia perfum. Od Guerlain Shalimar do Dior J’adore

Co roku na rynku debiutuje kilkaset perfum. Większość pachnie podobnie. W natłoku nowości zmęczone nosy wołają o klasykę. Jej historia na półkach współczesnych sklepów zaczyna się w 1925 roku.

 

Właśnie wtedy debiutuje waniliowy Shalimar. Zwierzęcy, dymny i upojny. Guerlain zawarł w nim historię wielkiej miłości. Szach Jahangir miał piękną żonę, którą kochał ponad życie. Ona kochała jego, ale równie wielkim uczuciem darzyła swoje ogrody – Szalimar. Po przedwczesnej śmierci swojej wybranki, zrozpaczony szach poświęcił się wznoszeniu wielkiego mauzoleum – Taj Mahal. 89 lat po premierze perfum Guerlain można śmiało powiedzieć, że żona Jahangira została wyniesiona do nieśmiertelności po dwakroć. We Francji butelka tych perfum sprzedaje się średnio co 3 minuty.

 

W okresie przed II Wojną Światową, w latach 20. i 30. panował bardzo duży indywidualizm. Trendy nie istniały. Obok orientalnego Shalimar powstała przecież legendarna No. 5 oparta na świeżo odkrytych, metalicznych aldehydach i kwiatach czy Caron Bellodgia pachnąca niemal wyłącznie goździkami. Swoje premiery wtedy miały też perfumy Jean Patou Joy zawierające nieprzyzwoicie dużo cywetu i ultraeleganckie Nuit de Longchamp od Lubin.

 

Lata powojenne i przemysł perfumeryjny.

 

Po wojnie przychodzi czas wyzwolenia, radości, euforii wręcz. Firmy perfumeryjne stawiają na wonie kobiece i bardziej seksowne (na ówczesne standardy), które mają być swoistym antidotum na wspomnienia wczesnych lat 40. Pojawia się szyprowa Miss Dior jako hołd kolekcji New Look, soczyście zielone Vent Vert od Balmain i uwodzicielskie Fracas Roberta Pigueta. Wszystkie łączy mniejszy udział składników zwierzęcych i nuty kwiatowe na pierwszym planie. W 1956 roku odbywa się jeszcze premiera konwaliowych, rześkich i świeżych Diorissimo. To ostatnie wielkie perfumy trendu powojennego.

 

Koniec lat 50. i powrót do ostrych aromatów.

 

W drugiej połowie lat 50. następuje powrót do woni cięższych, drzewnych i zwierzęcych. Givenchy lansuje L’Interdit łącząc olejek z drewna sandałowego i esencje kwiatowe. Gres daje kobietom we władanie skórę, tytoń i wetiwer – wonie typowe męskie – w koronnym zapachu Cabochard. W 1963 premierę ma Diorling Diora, który pachnie mchem, skórą i hiacyntem. Schyłek tego trendu obserwujemy w Lancome Climat z 1967, które nawiązują do przedwojennych Joy – pachnie cywetem i aldehydami.

 

Rewolucja obyczajowa w perfumach. Przełom lat 60. i 70.

 

Na przełomie lat 60. i 70. mamy do czynienia ze słynną rewolucją obyczajową, która przenika również do przemysłu perfumeryjnego. Zapachy nie mają być wprost seksowne, ani kobiece. Wszyscy stawiają na wonie uniwersalne (choć pojęcia unisex wtedy jeszcze nikt nie zna). Dominują nuty zielone i cytrusowe – takie, które nie pozwalają na jednoznaczną identyfikację płci. Kolejna premiera Lancome – Ô de Lancome z 1969 roku – to właśnie zapach nowego nurtu. Lekki, cytrusowy, ziołowy. Teoretycznie przeznaczony wyłącznie dla kobiet, ale jednocześnie na tyle uniwersalny, że sięgali (i wciąż sięgają) po niego mężczyźni. Wszak cytrusy i zioła to składniki pasujące obu płciom. Motyw kobiety-wyzwolonej lansuje też Chanel w swoich No. 19. Pudrowy irys, zielone galbanum okazały się przepisem na sukces wielki i tak ponadczasowy, że Dziewiętnastka do dziś dnia gości na listach bestsellerów. Tą samą drogą podąża Dior w Diorelli z 1972 roku.

W połowie lat 70. trend ten przybiera dość radykalną formę i kobietom proponuje się surową, męską zieleń mchu dębowego, który staje się najmodniejszym składnikiem. W 1974 roku premierę ma Rive Gauche marki Yves Saint Laurent i Chanel Cristalle. Wielką popularność zdobywają też nieco tańsze Charlie od Revlon reklamowane hasłem seksapilu w spodniach.

Powrót do orientu.

 

Później mamy do czynienia z kolejnym przełomem. Po raz pierwszy od lat przedwojennych pojawiają się słodkie wonie orientalne nawiązujące do genialnego Shalimar. Kobieta znów zaczyna być postrzegana jako istota piękna, zmysłowa i niezwykła. W 1977 roku debiutuje Opium, rok później Cinnabar od Estee Lauder i Magie Noire Lancome. Guerlain w swoich laboratoriach tworzy Nahemę – piękną balsamiczną różę okraszoną aldehydami i bzem. Cartier podbija serca cynamonowym Must. Chanel prezentuje bogate Coco, a Calvin Klein doprawia wanilię kadzidłem i tym sposobem lansuje wielki przebój – Obsession. Dior stawia na tuberozę w roli głównej, czyli ponadczasowe Poison.

Chaos końca tysiąclecia.

 

Od tego czasu w przemyśle perfumeryjnym widzimy powolną ewolucję. Trendy nie zmieniają się tak często i nie są aż tak widoczne. Zapachy stają się różnorodne. Na przełomie lat 80. i 90. ma miejsce wiele premier, których nie da się wytłumaczyć żadną tendencją. W 1990 roku Lancome lansuje pudrowe i mleczne Tresor. W 1992 roku Thierry Mugler stawia na skandalicznie słodkie i karmelowe Angel, a Shiseido prezentuje pierwszy, typowe drzewny zapach dla kobiet – Feminite du Bois, który dziś znajdziemy w ofercie marki Serge Lutens (należącej do Shiseido). Widać, że wszelkie logiczne reguły upadły. Obrazu nieprzewidywalności dopełnia CK One – pierwsze perfumy z oficjalną etykietą „uniseks”.

Ułatwianie wielkich klasyków w schyłku lat 90.

 

Z tego obrazu choasu dość wyraźnie oddziela się druga połowa lat 90. Wtedy to perfumiarze próbowali uwspółcześnić i ułatwić wzorce z lat 60., 70., i 80. Pojawia się Dior Dolce Vita z łagodnymi przyprawami, waniliowo-kwiatowe, lekkie Allure od Chanel oraz Hypnotic Poison dla kobiet, które nie sprostały trudnemu klasykowi z 1985 roku. Hermes lansuje 24, Faubourg – przyjazny, świetlisty szypr.

 

Nowa Era. Od 1999 roku do dziś.

 

Rok 1999 możemy przyjąć za umowne rozpoczęcie ery, która trwa do dziś dnia. W tym właśnie roku pojawia się Dior J’adore. Pierwszy typowo kwiatowy, wybitnie lekki i niezobowiązujący zapach. Pokochały go kobiety na całej Ziemi czyniąc zeń jedne z najbardziej dochodowych perfum w historii świata. Każdego roku lansowanych jest kilkadziesiąt kompozycji należących do nurtu zapoczątkowanego przez J’adore. Trend na tego typu zapachy jest tak silny, że trudno spodziewać się zmiany w tej kwestii przez następne kilka lub nawet kilkanaście lat.

 

W ciągu ostatnich 15 lat pojawiało się tylko kilka perfum, które sięgnęły po status kultowych i wyłamały się z tej tendencji. W tym miejscu wymienić należy kadzidlane Black Cashmere Donny Karan, waniliowe i dymne Addict Diora czy szyprowo-owocową Euphorię Calvina Kleina. Czy któreś z nich będzie na tyle silne, aby złamać supremację lekkich kwiatów i wyznaczyć trend? Raczej nie. Black Cashmere wycofano z produkcji. Nowy Addict Eau de Toilette i nowa Euphoria Endless pachną lekko, frywolnie, bardziej przypominają J’adore niż swoje klasyczne wersje. Na perfumy, które wyznaczą nową drogę wciąż musimy poczekać.

 

Pozostałe recenzje

Dołącz do dyskusji

guest
47 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Ada
Ada
12 lata temu

Uwielbiam niektóre perfumy np. Angel, ale tylko i wyłącznie na kimś innym. Na mnie są za ciężkie, duszące i źle się z nimi czuję. Ciągle szukam i mam nadzieje, że w końcu znajdę "swojego" klasyka, który będzie do mnie idealnie pasował, podkreślał mój charakter, uwodził i czarował 🙂 Zapach musi być wyjątkowy i trwały [nie duszący], a z tym ostatnim niestety często kiepsko.

kopytko
kopytko
12 lata temu

Bardzo ciekawy tekst. Okazuje się, że urodziłam się w odpowiednim czasie – kompletnie nie odnajduję się w tendencjach perfumiarskich ubiegłych dziesięcioleci. Chyba, że sięgniemy aż do daty powstania 4711, bo ten zapach mogę zakwalifikować jako "noszalny".

Marcinie, a masz może informacje o jeszcze dawniejszych perfumach? Zawsze mnie zastanawiało, jakąż to "wyborną perfumą" skrapiała Telimena Zosię w "Panu Tadeuszu".

Graża G.- P.
12 lata temu

Ciekawy artykuł, przeczytałam jednym tchem. Jest i o moim ukochanym Aniołku 🙂 Ale też o wielu innych; ciekawią mnie zapachy z połowy ubiegłego wieku, wydaje mi się że musiały być bardziej dopieszczone, rynek nie był tak zarzucony produktami jak dziś. Chętnie poznałabym wszystkie 🙂

Anonimowy
Anonimowy
12 lata temu

Marcinie, dlaczego od 1925 r.? Anais Nin uzywala Narcisse Noir od Caron, ktory wyszedl w 1911 r. Ja uzywam Houbigant Quelques Fleurs, a to 1912. Jak mam dostep, lubie rano uzyc Berdoues Original (1902).
A czytalam tez (moze sie to juz zmienilo), ze najbardziej uzywanymi zapachami wsrod kobiet na galach gwiazd filmowych sa Joy i L'Heure Bleue, ten ostatni z 1912.
Nie czepiam sie, tylko ciekawi mnie dlaczego akurat taka data.
Pozdrawiam
Nadia O.

Wojtek Ch.
Wojtek Ch.
12 lata temu

Właśnie takiego wpisu mi brakowało :-)! Chociaż to mój pierwszy komentarz, to regularnie czytam Twojego bloga od ponad roku. Chociaż jestem facetem, to Shalimar Guerlain był moim ulubionym zapachem. Ostatnio bardziej do gustu przypadła mi wersja wanilii z Madagaskaru. W ogóle Guerlain to marka, do której mam największy sentyment…
Pozdro,
Wojtek Ch.

Marcin Budzyk
12 lata temu

A testowałaś wersję EdT? Jest lżejsza, choć pozbawiona też w dużej mierze tego bezkompromisowego charakteru.

Marcin Budzyk
12 lata temu

Niestety, nie znam aż tak dawnych zapachów. Myślę, że to jednak można ustalić przeprowadzając małe wykopaliska. 🙂

Marcin Budzyk
12 lata temu

Wtedy na rynku były PERFUMY, a dziś są tylko perfumy. Niestety.

Marcin Budzyk
12 lata temu

Przyznaję, że zrobiłem to w niecnym celu. Shalimar jest większym kontrastem na tle J'adore niż No. 5. I bardziej mi pasował do konwencji tekstu. Wybrałem go jako taki "sztandar" tamtego okresu, choć rozważałem też Mitsouko (ale jest za mało znane, a chciałem, żeby tekst był zrozumiały dla większej liczby czytelników)

Marcin Budzyk
12 lata temu

Ja również uwielbiam Shalimar i Guerlain. W większości ich perfum i odsłon.

Pozdrawiam i miło Cię w końcu zobaczyć tutaj. 🙂

Porcelanowa
12 lata temu

Kocham Miss Dior miłością absolutną i niezmienną. Męską wersję Obsession także. Bałam się, że będzie to zestawienie perfum, których nawet nie kojarzę. Z przyjemnością stwierdziłam, że większość wąchałam choć raz w życiu. uff. 😉

bebe509
bebe509
12 lata temu

Bardzo ciekawy artykuł ! uwielbiam klasykę i znudzona dzisiejszymi nijakimi perfumami /choc oczywiscie są wyjątki / sięgam do klasyki . Shalimar klasyczne i z wanilia z Madagaskaru , Opium , Chanel no 5 , Miss Dior, Dioressence i inne. Martwi jedynie fakt,ze często przy tych klasykach co jakis czas "ktos majstruje " i zmienia lekko zapach z roznym skutkiem .Czytam rozne perfumowe anglojęzyczne blogi i ludzie bardzo narzekaja na te zmiany – ze perfumy po zmianie nie maja juz tej głębi , tego pazura itd. Roznie to bywa ,bo np w przypadku Opium w pelni sie z Tobą zgadzam ,ze zmiana nie jest zla i teraz sa latwiejsze w odbiorze bo porzednia wersja byla bardzo trudna , Dlugo uzywalam pierwszej i zdecydowanie latwiej uzywa mi sie tej nowej . Pozdrowienia 🙂

Julia251069
12 lata temu

A ja znam Joy tylko z literatury, niestety nie dane było nam się spotkać. Bardzo fajna opowieść Marcinie, dziękuję 🙂

Anonimowy
Anonimowy
12 lata temu

Marcinie, fantastyczny tekst. Przeczytałam go z wielkim zaciekawieniem, jednym tchem. Mam kilka klasyków do nadrobienia, na przykład Joy. Przyznam, że sięgam do nich jeszcze z pewną dozą nieśmiałości ;), jakoś jeszcze w nich się nie widzę i nasze spotkania są raczej przelotne. J'Adore Diora na mnie pachnie zabójczo, dusznie, nieznośnie dla otoczenia i dla mnie samej. A szkoda. Żałuję też mocno, że nie znam Black Cashmere Donny Karan… ale może kiedyś się uda. 🙂 Pozdrawiam, MR.

beb509
beb509
12 lata temu

p.s nadal nie rozumienm fernomenu J"dore 🙂 moze najwyzszy czas sprobowac sie z nimi zaprzyjaznic ? Marcinie slyszales ,ze beda 3 wersje Anais Anais /tez wspanialy klasyk / Cacharela ? Bedzie to EDP L"oryginale /tą sobie zamowilam na holenderskiej stronie Douglas , bo u nas nigdy nie bylo tej wersji / , EDT i nowe lekko slodkie dziewczęce ale zapomnialam jak sie beda nazywaly.

Ewa Widyńska
12 lata temu

Bardzo ciekawy tekst..Przeczytałam z przyjemnością..Guerlain moim faworytem 🙂